„Ciebie”.
Ta odpowiedź o mało mnie nie rozbawiła, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
„Mnie?”
„Nie jesteś ze świata, jaki wyobrażała sobie dla Adriena” – powiedział ze smutkiem. „Madeleine marzyła o idealnej partnerce, znanym nazwisku, rodzinie zdolnej rozwinąć nasz biznes. Nigdy nie pogodziła się z tym, że Adrien wybierze kobietę dla swojego serca”.
Spuściłam wzrok.
Od zaręczyn czułam ten dystans. Uprzejme zwroty. Przesadnie łagodne uśmiechy. Ciszę, która zapadała, gdy tylko wchodziłam do pokoju. Ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że zajdzie to tak daleko.
„Chciała mnie nastraszyć” – mruknęłam.
Henri powoli skinął głową.
„Chciała, żebyś poczuła się upokorzona. Żebyś odeszła z własnej woli. W ten sposób nikt nie mógłby jej oskarżyć o zniszczenie małżeństwa”.
Wezbrała we mnie złość, gorąca i surowa.
Ale bardziej niż złość, to ból zaparł mi dech w piersiach.
„A Adrien? Kazał mi przyjść”.
Henri spojrzał na mnie poważnie.
„Nie sądzę, żeby wiedział, jak jego matka zamierza to przedstawić. Madeleine pewnie powiedziała mu, że chcę z tobą porozmawiać, żeby cię powitać. To prawda. Chciałam. Ale nie w ten sposób”. Nigdy w taki sposób.
Poczułam, jak miękną mi nogi.
Henri wskazał na krzesło.
„Usiądź, moje drogie dziecko. Wyglądasz blado”.
Usiadłam.
Przez kilka sekund nie byłam już uśmiechniętą panną młodą popołudnia. Byłam po prostu zranioną kobietą, samotną w dużym, nieznanym domu, zdającą sobie sprawę, że za kwiatami, białymi obrusami i eleganckimi przemówieniami ktoś próbował mnie zgnieść.
Henry wziął oddech.