„Wejdź, moje drogie dziecko. Nie stój w korytarzu”.
Zamarłam.
Moja pierwsza noc jako mężatka właśnie zamieniła się w pułapkę.
Za mną Madeleine Delorme mruknęła:
„Proszę bardzo”.
Odwróciłam głowę w jej stronę.
W jej spojrzeniu było coś bardziej gwałtownego niż gniew.
Była w nim pogarda.
I właśnie w tym momencie zrozumiałam, że muszę wybrać.
Czy milczeć, żeby zachować twarz.
Czy bronić swojej godności, nawet jeśli oznaczałoby to zniszczenie mojego małżeństwa już pierwszej nocy.
Wzięłam głęboki oddech.
Potem ruszyłam do drzwi.
Nie po to, żeby posłuchać.
Aby odkryć, jak daleko jest zdolna posunąć się ta rodzina.
CZĘŚĆ 2
Powoli otworzyłam drzwi.
W pokoju Henriego Delorme nie było groźnej atmosfery. Był to duży, staromodny pokój z ciężkimi zasłonami, regałem pełnym oprawionych książek, lampą przy łóżku i delikatnym zapachem wody kolońskiej. Na małym stoliku stała szklanka wody, jakieś lekarstwo i wyblakłe rodzinne zdjęcie.
Henri Delorme siedział w fotelu przy oknie.
Miał na sobie ciemny szlafrok i trzymał koc na kolanach. Jego białe włosy były starannie uczesane. Kiedy zobaczył, że wchodzę, uśmiechnął się delikatnie.
„Ach, Camille. Proszę podejść bliżej.”
Zostałam przy drzwiach.
„Panie Delorme…”