Cicho zamknęłam drzwi. Później Matthew wpełzł Joshui na kolana. „Nie umieraj, tato” – wyszeptał, jakby prosił o kolejną bajkę na dobranoc.
William wspiął się obok niego i wcisnął Joshui w dłoń swoją zabawkową ciężarówkę. „Żebyście mogli wrócić i się pobawić” – powiedział.
Odwróciłam się wtedy, bo to był pierwszy raz odkąd podsłuchałam tę rozmowę telefoniczną, kiedy pozwoliłam sobie płakać za nas wszystkich.
Niektórymi nocami płakałam pod prysznicem, a woda zagłuszała dźwięk. Innym razem wybuchałam złością, trzaskając szafką, a potem przepraszałam, gdy Joshua przyciągał mnie do siebie, a my oboje drżeliśmy.
Kiedy zaczęły mu wypadać włosy, wyciągnęłam maszynkę. „Gotowa?”
„Nie umieraj, tato”.
„Czy mam wybór?” zapytał, a chłopcy przysiedli na blacie w łazience, chichocząc, gdy goliłam ich tatę.
***
Miesiące mijały. Proces i jego ciężar prawie nas złamały. Ale pewnego jasnego wiosennego poranka zadzwonił mój telefon.
„Dr Samson, Hanna. Najnowsze wyniki są czyste. Joshua jest w remisji”.