Mój mąż zabrał mnie na to przyjęcie niczym stary płaszcz – kiedyś przydatny, a teraz żenujący.
Zanim jeszcze dotarliśmy do sali balowej, pochylił się i mruknął: „Odsuń się, Evelyn. Ta twoja sukienka jest upokarzająca”.
Spojrzałam na granatową sukienkę, którą uszyłam po długim dniu pracy – tę, którą zbył mianem „taniej” tylko dlatego, że nie nosiła nazwy projektanta. Potem spojrzałam na jego jedwabny krawat, świeżo kupiony za pieniądze z konta, którego, jak sądził, nigdy nie kontrolowałam.
„Oczywiście” – odpowiedziałam spokojnie.
Caleb uśmiechnął się z ulgą. To była wersja mnie, którą wolał – cicha, uległa, niewidzialna.
W środku sala balowa mieniła się żyrandolami i wypolerowanymi iluzjami. Jego firmę niedawno przejął potężny miliarder, Adrian Vale – człowiek, o którym ludzie mówili z ostrożnością. Caleb spędził tygodnie, próbując, jak zrobić na nim wrażenie.