Byłem młodszy. On też. Śmialiśmy się. Trzymał mnie za ramiona.
Na odwrocie data.
I odręcznie napisane zdanie:
„Dzień, w którym mnie uratowałeś”.
Gardło mi się ścisnęło.
Zrobiłam drugie zdjęcie.
Tym razem to był dokument. Kopia. Podpis.
Podpis moich rodziców.
I słowo zakreślone na czerwono: tymczasowa opieka.
Serce mi waliło.
Trzecie zdjęcie… było najtrudniejsze.
Szpitalne łóżko.
Mój brat, mały, blady, podłączony do aparatury.
A ja… obok niego.
Spałam, z głową na materacu, a moja dłoń w jego dłoni.
Nie pamiętałam tego zdjęcia.
Ale moje ciało tak.
Przeszył mnie bolesny żar.
Moje oczy powędrowały prosto do sedna.
Nigdy tak nie bałam się niczego czytać.
Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że papier wibrował.
Zaczęłam.
„Jeśli to czytasz, to dlatego, że nie miałam odwagi powiedzieć ci tego prosto w twarz”.
Zatrzymałam się na chwilę.
Typowe dla niego.
Ciągle uciekał przed konfrontacjami.
Kontynuowałam.