Jeden po drugim, odwracali się w moją stronę.
Szmer rozszedł się jak fala.
A na końcu sali…
Mój brat.
Widział mnie.
A w jego oczach…
Nie było gniewu ani wstydu.
Tylko… strach.
I nadzieja.
Jeden krok.
A potem kolejny.
Ruszałem naprzód.
Każdy krok był ciężki, ale konieczny.
Gdy byłam zaledwie kilka metrów od niego, zatrzymałam się.
Zapadła kompletna cisza.
Wciąż trzymałam prezent.
Otworzył usta… ale nie wydobył z siebie ani jednego słowa.
Więc odezwałam się pierwsza.
Głos mi drżał, ale był wyraźny.
„Mogłaś mi powiedzieć prawdę”.
Jego oczy napełniły się łzami.
Skinął głową.
„Wiem…”
Cisza.
Potem wyszeptał: