„Każdy sukces, każda szczęśliwa chwila… czułam się, jakbym ci to wszystko odbierała”.
Pokręciłam głową.
Nie…
„Więc kiedy zaczęłam budować swoje życie… biorąc ślub… spanikowałam”.
Dłonie mi zmarzły.
„Bo nie wiedziałam, czy żyję dla siebie… czy żeby odwdzięczyć się za to, co dla mnie zrobiłeś”.
Cisza stała się nie do zniesienia.
„Więc zrobiłam tchórzostwo”.
Już wiedziałam.
„Odepchnęłam cię”.
Łza, potem kolejna.
„Nie dlatego, że cię nie kocham”.
Oddech uwiązł mi w gardle.
„Ale dlatego, że kocham cię za bardzo… i nie wiedziałam, jak być wolną, nie raniąc cię”.
Zamknęłam oczy.
Wszystko się waliło… a jednocześnie wszystko nabierało sensu.
Cisza. Odwrócone spojrzenia. Niezdarne słowa.
„Wiadomość, którą ci wysłałam… była absurdalna. Wiem”.
Wyrwał mi się cichy, gorzki śmiech.
„Chciałam, żebyś przyszedł. Ale bałam się, że twoja obecność przypomni mi o wszystkim, co ci jestem winna”.
Drżałam.
„A dziś wieczorem… zdaję sobie sprawę, że problemem nie jesteś ty”.
Serce waliło mi jak młotem.
„To ja”.
Papier zadrżał jeszcze bardziej.