Vivienne weszła do środka, ubrana w perły i okrucieństwo.
„Gdzie jest Mara?” zapytała maître d’.
„Przy głównym stole” – odpowiedział.
Vivienne ostro zmarszczyła brwi. „Nie. Mój syn siedzi na czele.”
„Nie dzisiaj, pani Vale.”
Camille zaśmiała się lekko. „Czy pani w ogóle wie, kim jesteśmy?”
Maître d’ uśmiechnął się uprzejmie. „Tak.”
Ta odpowiedź ją zaniepokoiła.
Kiedy Adrian w końcu wszedł, rozmawiał głośno przez telefon.
„Nie, ślub jest w porządku. Mara bywa wzruszona, ale zawsze wraca.”
Wtedy mnie zobaczył.
Usiadłam pod portretem babci, spokojna jak sama zima.
Jego uśmiech zadrżał.
„Mara” – powiedział zbyt promiennie. „Proszę bardzo”.
Skinęłam głową w stronę jego krzesła.