Nie był to śmiech zażenowania.
Chłód.
„Szczerze mówiąc, mamo, powinnaś była go poprosić o czynsz już dawno temu” – powiedziała, nawet nie podnosząc wzroku. „I przestań zachowywać się, jakby niańczenie Lucasa i Noé było takim wielkim poświęceniem. Ona po prostu tam siedzi, kiedy się bawią”.
Stałam przy kuchence, wciąż w pogniecionej bluzce pod płaszczem.
Miałam spuchnięte stopy.
Plecy mnie piekły.
Oczy piekły ze zmęczenia.
I po raz pierwszy nie chciało mi się płakać.
Czułam się rozbudzona.
Boleśnie rozbudzona.
Przez pięć lat moje życie stało się tym samym powtarzającym się koszmarem.
Wyszłam ze szpitala o siódmej rano, po całej nocy spędzonej na izbie przyjęć, otoczona pacjentami leżącymi na korytarzach, spanikowanymi rodzinami, brakiem łóżek, wyczerpanymi lekarzami i dzwonkami, które nie przestawały huczeć.
Chciałam tylko spać.
Sześć godzin.
Tylko sześć godzin.
Ale gdy tylko otworzyłam drzwi mieszkania, chaos już na mnie czekał.
Naczynia piętrzyły się w zlewie.
Telewizor grał na cały regulator.