Zabawki wszędzie.
Lepkie ręce na ścianach.
A moja mama, zawsze powtarzająca to samo:
„Marion, popilnuj maluchów przez pięć minut”.
Pięć minut.
Te pięć minut zawsze zamieniało się w dziewięć lub dziesięć godzin.
Pauline zawsze miała jakąś wymówkę.
Spotkanie.
Wizyta u fryzjera.
Lunch z przyjaciółką.
Problem w pracy.
Pilny dokument do oddania w ośrodku pomocy społecznej.
A moja mama przyjmowała to wszystko tak, jakby życie Pauline było warte więcej niż moje.
Nikt mnie nie pytał, czy jestem zmęczona.
Nikogo nie obchodziło, że nie spałam.
Nikt nie widział, że znikam kawałek po kawałku w tym mieszkaniu.
Więc tego wtorkowego ranka, kiedy mama powiedziała mi, że muszę zapłacić czynsz albo wyjechać, zrobiłam coś, co odebrało im mowę.
Uśmiechnęłam się.
Potem poszłam do swojego pokoju.
Wyciągnęłam spod łóżka czarną walizkę, którą spakowałam trzy miesiące wcześniej.
Czekałam na dzień, w którym moja cierpliwość w końcu się skończy.
Ten dzień nadszedł.
Spakowałam swoje rzeczy w ciszy.
Bez krzyku.