Na zewnątrz wszystko wyglądało normalnie – ludzie chodzili, śmiali się, żyli swoim życiem.
Mój świat taki nie był.
W szpitalu było zbyt spokojnie. Zbyt czysto.
„Jestem Anna Walker” – powiedziałam do recepcji. „Moja córka Lucy… została przywieziona”.
„Jest tutaj” – powiedziała recepcjonistka. „Jej stan jest stabilny”.
Znowu to słowo.
Pielęgniarka wyszła, żeby się ze mną spotkać.
„Obudziła się” – powiedziała delikatnie.
Uczucie ulgi – ale tylko na chwilę.
„Znaleziono ją samą w samochodzie” – kontynuowała pielęgniarka. „Ze względu na jej wiek musieliśmy to zgłosić”.
Zgłosić to.
Nogi mi się trzęsły.
„Gdzie ona jest?” – zapytałam.
Kiedy weszłam do pokoju, Lucy siedziała na łóżku, ściskając kubek obiema rękami. Miała zaczerwienioną twarz, wilgotne włosy i szeroko otwarte oczy.
Zobaczyła mnie…
i załamała się.
„Mamo…”
Podbiegłam do niej, mocno ją obejmując, gdy płakała mi w ramię, drżąc.
„Jestem tutaj” – wyszeptałam. „Jestem tutaj”.
Trzymała się mnie, jakby myślała, że ja też zniknę.