Że „wciąż jestem rozgoryczony”.
Że odmawiam sprzedaży części ziemi.
Że kurczowo trzymam się miejsca pełnego złych wspomnień.
To była tak rażąca próba ingerencji w moje decyzje, że nawet nie zareagowałem.
Jesienią wydałem swój pierwszy posiłek w ogrodzie od rana, kiedy brama została zamknięta.
Nie było to huczne przyjęcie z mnóstwem świec i przemówień.
Po prostu długi stół.
Wybrana grupa ludzi.
Posiłki zamówione w tej samej kawiarni-tabac, w której obserwowałem początek tego wszystkiego.
Świeży chleb.
Kwiaty z targu.
Muzyka na tyle cicha, żeby można było rozmawiać.
Nikt nie pytał o klucz.
Nikt nie wspominał o „domu rodzinnym”.
Nikt nie pomylił mojego powitania z uległością.