Nie do końca rodzina.
Po prostu taki przesadnie elegancki, przesadnie dostępny, dobrze ubrany przyjaciel, który zawsze zna „kogoś”. Notariusza. Maklera. Bankiera. Pracownika urzędu ksiąg wieczystych. Człowieka, który nadaje nieuczciwości właściwą nazwę.
Gdy tylko wspomniałem jego nazwisko, połowa grupy odwróciła się, żeby na niego spojrzeć.
Twarz Sébastiena całkowicie zbladła.
„Pomagał tylko w sprawie biznesowej” – wyjąkał.
„O twoim upadającym browarze” – poprawiłem. „Ten z niepłaconymi dostawcami, dwoma przeterminowanymi kredytami osobistymi i inwestorem, który odszedł w zeszłym miesiącu. Ten, który twoja matka myślała, że uratuje, kupując mój dom”.
Tym razem nie było żadnego szmeru.
Żadnego westchnienia.
Nic.
Jasna, absolutna, upokarzająca cisza.
Nie zamierzałem nawet dowiadywać się, w jakim stanie są finanse Sébastiena. Chciałem tylko zrozumieć, dlaczego kobieta, która i tak nie potrafiła uszanować najmniejszych granic, nagle zaczęła obsesyjnie myśleć o świętowaniu swoich sześćdziesiątych piątych urodzin w moim ogrodzie.
Ale gdy Maître Salagnac zaczął kopać, cały obraz stał się jasny.
Firma Sébastiena była na skraju upadku.
Kontrola podatkowa ją osłabiła.
Długi piętrzyły się.
A najszybszym sposobem, by udawać wypłacalność, było powiązanie moich aktywów z jej upadkiem i nazwanie tego małżeństwem.
„Powiedz im” – warknąłem. „Powiedz swoim ciociom, dlaczego Laurent był u nas po obiedzie. Powiedz swoim siostrzenicom, dlaczego twoja matka ciągle powtarzała, że muszę być „zrelaksowana, żeby podpisać po torcie”. Powiedz im, dlaczego przeglądasz teczkę z testamentem mojego ojca”.
„Wystarczy” – syknęła Odile.
Ale było za późno na „wystarczy”.
Przeszliśmy już ten punkt.