Wszedłem w to bardzo proste i bardzo straszne miejsce, gdzie upokorzenie zmienia strony.
Widziałem to na twarzy najstarszej ciotki, tej, która zawsze zdawała się bać Odile, jednocześnie jej schlebiając. Widziałem to w oczach kuzyna, który właśnie odsunął się na bok, jakby poczucie winy mogło być zaraźliwe.
Zrobiłem więc to, co Maître Salagnac radził mi odłożyć na później.
Wcisnąłem play.
Dźwięk nie był idealny. Słychać było lekkie buczenie klimatyzacji, odgłos szkła uderzającego o biurko, szuranie krzesła. Ale głosy były całkiem wyraźne.
Sébastien mówił:
„Jeśli zobaczy terminy prawne, nabierze podejrzeń”.
Laurent odpowiadał:
„To nie mów o transferze. Nazwij to ochroną”.
Potem rozległ się głos Odile.
Chłodny.
Wyraźny.
Niezapomniany.
„Kiedy dom był w…”
Podział, może płakać do woli. Żona nie wyrzuca rodziny męża.
Nikt się nie ruszył.
Siostrzenice przestały dotykać balonów.
Ciocia powoli postawiła tacę z tartami na masce SUV-a, bo trzęsły jej się ręce.
Laurent zrobił krok w stronę swojego samochodu, ale kuzyn z głośnikiem spojrzał na niego z takim obrzydzeniem, że zatrzymał się w miejscu.
Sébastien z kolei zdawał się chcieć sięgnąć przez telefon i mi go wyrwać.
Pozwoliłem na kontynuowanie nagrania.
Usłyszeliśmy jego głos, cichszy:
„A co, jeśli odmówi przy wszystkich?”
Potem Odile, z tą potworną pewnością siebie, która przynależy tylko ludziom, którzy dawno temu osiągnęli to, czego chcieli, pod wpływem presji emocjonalnej:
„Wtedy robisz z niej złego człowieka. Odkładasz liścik podczas toastu. Mówisz jej, żeby nie psuła urodzin”. Kobiety podpiszą wszystko, gdy wszyscy patrzą.
Zdanie popłynęło z głośnika niczym trucizna.
Jedna z sióstr Odile wydała z siebie dźwięk coś pomiędzy modlitwą a obrzydzeniem.
Druga wymamrotała:
„Boże…”