„Liam! Co ty robisz?!” – wydyszałam, chwytając się za biodro, a nagły, ostry ból promieniował wzdłuż kręgosłupa.
Rozejrzałam się gorączkowo. W bezpośrednim sąsiedztwie stołu prezydialnego zapadła głucha cisza. Krewni i przyjaciele gapili się z otwartymi ze zdumienia ustami.
„Jak śmiesz?” – warknął Liam, podchodząc do mnie. Nie zniżył głosu. Nie dbał o publiczność. Jego głos się podniósł, emanując jadowitym poczuciem wyższości wobec dwustu gości, którzy teraz aktywnie odwracali głowy, by obejrzeć widowisko.
„Przestań udawać moją matkę!” – ryknął Liam, a jego twarz wykrzywiła się w maskę brzydkiej, rozpieszczonej wściekłości. Drżącym palcem wskazał na ozdobne krzesło, na którym przed chwilą siedziałam. „To miejsce jest dla Brendy! Zawsze było dla Brendy! Twoje miejsce jest przy drzwiach do śmietnika z tyłu, z obsługą!”
Cierpienie w piersi ścisnęło mnie tak boleśnie, że myślałam, że pękną mi żebra. To czyste, duszące upokorzenie paliło mnie w gardle niczym kwas akumulatorowy.
Rozglądałam się rozpaczliwie za Richardem. Mój mąż, człowiek, którego uratowałam przed finansową ruiną, stał zaledwie trzy metry ode mnie, trzymając w dłoni szklankę szkockiej.
Richard się nie poruszył. Wpatrywał się intensywnie w kostki lodu w swojej szklance, zgarbiony, aktywnie unikając kontaktu wzrokowego, całkowicie nie chcąc interweniować i chronić żony przed potwornym wybuchem syna. Tchórzostwo było absolutne.
Przełknęłam palącą gulę w gardle. Spojrzałam z powrotem na Liama. Mówiłam cicho, spokojnie, desperacko próbując uchronić go przed całkowitym publicznym załamaniem w dniu jego ślubu.
„Liam” – powiedziałam cicho, a mój głos lekko drżał, mimo wszelkich starań. „Brenda nie przyjdzie. Dwie godziny temu napisała SMS-a do twojego ojca. Pojechała do Las Vegas ze swoim nowym chłopakiem. Nie ma jej tutaj. Siedziałem na tym krześle, bo było puste i bo myślałem…” – urwałem, uświadamiając sobie swoją głupotę.
Prawda rozbiła jego kruche, starannie budowane ego niczym tafla szkła uderzona młotkiem