Dowód.
I wyrzuty sumienia.
Dom był skromny, z obłażącymi ścianami, maleńkim dziedzińcem i prowizorycznym sznurem na pranie, na którym wisiały małe ubranka dla niemowląt. Zapach gorącej kawy mieszał się z zapachem marsylskiego mydła.
Hélène otworzyła drzwi z Mathisem na rękach. Lévi spał w prowizorycznym łóżeczku przy oknie.
Spojrzała na niego bez zdziwienia.
Jakby w głębi duszy zawsze wiedziała, że ten dzień w końcu nadejdzie.
Édouard przez chwilę stał bez ruchu.
Potem uklęknął.
Bez dumy.
Bez maski.
Bezbronny.
„Już po wszystkim” – mruknął. Vanessa jest w więzieniu. Podobnie jak Adrien. Cały kraj zna prawdę. Wszystko jest w twoim imieniu i w imieniu naszych synów. Nie przyszłam kupić twojego przebaczenia. Przyszłam oddać ci to, co zawsze należało do ciebie.
Hélène milczała przez kilka długich sekund.
Poranny wiatr delikatnie poruszył zasłoną w drzwiach.
W końcu przemówiła.