„Nigdy nie pragnęłam twojego majątku, Édouardzie. To nie bieda mnie zniszczyła. To, że mi nie ufałeś”.
Zamknął oczy, jak człowiek, który w końcu akceptuje wyrok, na jaki zasługuje.
„Wiem. I spędzę resztę życia, starając się być godnym ciebie… nawet jeśli nigdy więcej mnie nie zaakceptujesz”.
Hélène wzięła głęboki oddech. W jej oczach był ból. Zmęczenie. Gorycz. Wspomnienia, które nie znikną jednym gestem.
Ale było w niej coś jeszcze.
Coś żywego.
Coś, co przetrwało wszystko.
„Przebaczenie nie rodzi się w sekundę” – powiedziała cicho. „Ale miłość… miłość, która nie umarła”.
Édouard powoli uniósł głowę, jakby bał się, że się przesłyszał.
Potem wzięła go w ramiona.
To nie był bajkowy uścisk.
To był uścisk dwóch złamanych dusz.
Zranionych.
Wyczerpanych.