Podpisałem wnioski o dofinansowanie stanowczą ręką i zapytałem kierownika budowy o jedyną rzecz, która kiedykolwiek miała dla mnie znaczenie:
—Czy chłopcy wrócą dziś wieczorem na czas?
Uśmiechnęła się:
—Tak, dziś wieczorem.
Po powrocie pani Delgado przyniosła jeszcze ciepłe cytrynowe ciasto, którego plastikowe wieczko zaparowało.
„Dla banku” – powiedział. „Banki potrzebują ciasta”.
Podałem herbatę i staliśmy patrząc na zachód, niczym strażnicy na krawędzi mapy.
„Tęsknisz za starym domem?” zapytał.
„Tęsknię za pokojami, w których światło znało nasze imiona” – odpowiedziałem. „Ale nie żałuję, że musiałem prosić o pozwolenie, żeby tam być”.
Przyszedł list od Barbary, matki Romy, napisany szerokim pismem osoby, która nauczyła się pisać na papierze, który miał znaczenie:
Często myślę o tym dniu w Twoim salonie. Żałuję, że nie mogłem powiedzieć mniej pewności, a więcej ostrożności. Jeśli kiedykolwiek się ze mną zgodzisz, chciałbym Ci to powiedzieć osobiście.
Położyłam jej list obok listu Noela i pozwoliłam im przemówić w szufladzie: żal i dalekowzroczność, dwa języki rodzin, które wciąż się starają.
Biblioteka wezwała mnie na kolejną sesję późnym wieczorem. Tym razem nie było objazdu; od razu przeszliśmy do fraz szukających domu.
—A co jeśli mój brat będzie ciągle nazywał dług miłością? —zapytał ktoś.