Morderstwo było szybkie. Zimne. Wyrachowane.
To, co nastąpiło później, było jeszcze bardziej przerażające.
Edward wrócił do miasta z ciałem w swoim samochodzie, ukrył je tymczasowo i tej samej nocy przeniósł do restauracji. Zszedł do piwnicy, do tego zapomnianego miejsca, gdzie nikt nie zaglądał.
I tam… zaczął tworzyć swoje dzieło.
Cementowy sarkofag.
Warstwa po warstwie, bez pozostawiania bąbelków, bez dopuszczania jakichkolwiek błędów. Zapieczętował ciało, jakby chciał wymazać jego istnienie ze świata.
Ale nie robił tego, żeby to ukryć.
Zrobił to, żeby je zachować.
Aby mieć ją blisko siebie.
Przez cały rok mieszkała nad swoim grobem. Gotowała, uśmiechała się, rozmawiała z klientami… jednocześnie potajemnie schodząc do piwnicy, raz po raz, by kontemplować skutki swojej zbrodni.
To było jego trofeum.
Jego forma absolutnej kontroli.
Kiedy w końcu go aresztowano, nie stawiał oporu. Nie krzyczał. Niewiele zaprzeczał.
Dopóki nie zobaczył dowodów.
DNA pod paznokciami Catherine.