Żona Arthura, Patricia, uniosła drżącą dłoń do ust. Valeria cofnęła się, jakby te słowa uderzyły ją fizycznie. Stałeś nieruchomo, ale w głębi duszy wszystkie wspomnienia zaczęły się pojawiać naraz: zmywanie naczyń do północy, szycie Diego spodni szkolnych ręcznie, udawanie, że nie jesteś głodny, żeby mógł zjeść przed egzaminami.
Diego przeczytał następny wers.
„Jeśli musi być obecna na ślubie, umieść ją dyskretnie i unikaj zdjęć. Pod żadnym pozorem nie wolno jej publicznie przemawiać”.
Spojrzałeś na kartę stołową czekającą na twoim talerzu po drugiej stronie sali. Hermana mantenida. Siostra-darmozjad. Brak wykształcenia. Życie z sukcesu pana młodego.
To nie był żart.
To był plan.
Arthur pstryknął palcami na ochroniarza przy drzwiach sali balowej. „Zabierzcie go z miejsca, gdzie będzie mikrofon”.
Ale ochroniarz się nie ruszył.
Diego nie trzymał mikrofonu. Stał w samym środku swojego wesela, trzymając prawdę w dłoniach, a nawet wynajęta ochrona wiedziała, że wywlekanie pana młodego będzie źle wyglądać.
Diego wyciągnął kolejną kartkę. „A potem są te groźby”.
Wyraz twarzy Arthura się zmienił.
Stało się to szybko, ale to widziałeś. Arogancja pękła. Pod nią krył się strach.
Diego kontynuował. „Mówiłeś, że moje stypendium z Austin Design Institute może zostać zrewidowane. Mówiłeś, że inwestorzy w moim studiu mogą to przemyśleć. Mówiłeś, że mieszkanie, do którego planowaliśmy się wprowadzić z Valerią, jest pod kontrolą twojej firmy i że umowy najmu mogą być skomplikowane”.
Valeria zwróciła się do ojca. „Mówiłeś mi, żeby Diego poszedł
„Ty tylko dlatego, że nie pasuje do twojej marki”.