Na naszej pierwszej randce spojrzałam na stół w jadalni i cicho powiedziałam: „Powinienem ci coś powiedzieć, Callie. Nie wyglądam jak inne kobiety”.
Uśmiechnął się i wyciągnął rękę przez boks, żeby wziąć mnie za rękę. „Dobrze. Nigdy nie interesowały mnie zwykłe rzeczy”.
Śmiałam się tak głośno, że prawie się popłakałam. Może to powinno mnie ostrzec.
Kiedy Lorie włożyła moją dłoń w swoją przy ołtarzu, wszystkie te czułe wspomnienia już wywołały łzy w moich oczach.
Callahan stał tam z Buddym u boku, ubrany w czarną muszkę, którą jeden z jego uczniów uparł się wybrać. Ci sami uczniowie mieli zaśpiewać piosenkę miłosną, podczas gdy ja szłam do ołtarza. To, co stworzyli, było odważną, nierówną wersją piosenki, pełną pominiętych nut i determinacji. To było straszne w najsłodszy z możliwych sposobów.
Kiedy pastor zapytał, czy biorę Callahana za męża, odpowiedziałam twierdząco, zanim jeszcze skończył mówić.