Potem były uściski, niedrogie ciasto, papierowe kubeczki z ponczem, dzieci biegające pod składanymi stołami i Lorie udająca, że nie ociera oczu za każdym razem, gdy na mnie patrzyła.
Po raz pierwszy nie byłam tą zranioną kobietą, której wszyscy grzecznie starali się nie zauważać. Byłam panną młodą.
Lorie odwiozła nas do mieszkania Callahana po zachodzie słońca. Buddy wszedł pierwszy, wyczerpany nadmiarem uwagi, i padł przy drzwiach sypialni z ciężkim westchnieniem psa, który wypełnił już wszystkie obowiązki, jakich się od niego oczekiwało.
Moja siostra mocno mnie przytuliła w drzwiach. „Zasłużyłaś na to, Merry” – wyszeptała. „Tak się cieszę, kochanie”.
Potem odeszła i nagle zostaliśmy tylko ja i mój mąż, a wokół nas zapanowały pierwsze ciche chwile małżeństwa.
Poprowadziłam Callahana za rękę do sypialni. Kiedy dotarliśmy do krawędzi łóżka, odwrócił się do mnie, a ja poczułam się bardziej zdenerwowana niż idąc do ołtarza.
Nie dlatego, że mnie widział.
Bo nie mógł.
Część mnie zawsze wierzyła, że ślepota Callahana uczyniła mnie możliwą – że z nim nigdy więcej nie będę musiała patrzeć na błysk rozpoznania na twarzy mężczyzny i zastanawiać się, czy miłość przetrwała pierwsze prawdziwe spojrzenie.
Powoli się uspokoił.
Położył dłoń na moim policzku. „Merritt… mogę?”
Skinęłam głową.