Potem się roześmiał.
Nie głośno. Nie na tyle otwarcie okrutnie, żeby wszyscy to zauważyli.
Ale ja to zauważyłam.
Coś we mnie zamarło.
Przeszedł kelner z kieliszkami szampana. Wzięłam jeden, nie dlatego, że chciałam się napić, ale dlatego, że potrzebowałam zająć czymś ręce, zastanawiając się, na ile litości zasługuje ten wieczór.
Po drugiej stronie sali balowej mój wzrok przykuł dyrektor hotelu, pan Harlan.
Skinął mi lekko głową.
Vanessa dramatycznie uniosła kieliszek. „Za rodzinę” – oznajmiła.
Odwzajemniłem uśmiech.
„Tak” – odpowiedziałem. „Za rodzinę”.
Pozwoliłem im cieszyć się ostatnią chwilą poczucia nietykalności.
Kolacja rozpoczęła się od przemówień, a zakończyła krwią w wodzie.
Ojciec Vanessy, Richard Vale, zabrał głos pierwszy. Był deweloperem z koronkami na zębach, aksamitnym smokingiem i pewnością siebie mężczyzny, który nigdy nie usłyszał słowa „nie” bez próby przekonania osoby, która je wypowiedziała.
Uniósł kieliszek szampana. „Dziś dwie rodziny stają się jedną. Daniel wnosi szczerość. Vanessa wnosi wyrafinowanie”.
Potem jego wzrok przesunął się na mnie.