Usłyszałam szept, zanim jeszcze zobaczyłam uśmiech. „Ta śmierdząca wiejska dziewczyna jest tutaj”.
Panna młoda powiedziała to cicho, pochylając się na tyle blisko, że zapach jej perfum zakłuł mnie w nos, a jej diamentowa dłoń zaborczo objęła ramię mojego brata, jakby należał do niej. Wokół nas żyrandole rzucały złote światło na jedwabne obrusy, fontanny szampana i orchidee na tyle drogie, że kosztowały więcej niż pierwszy samochód, którym kiedykolwiek jeździłam.
Powoli odwróciłam się i spojrzałam na nią.
Vanessa uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
Mój brat Daniel albo jej nie słyszał – albo usłyszał i wolał milczeć. Jakoś to było gorsze.
„Lena” – powiedział zbyt radośnie. „Naprawdę przyszłaś”.
„Przyszłam”.
Jego wzrok na chwilę spłynął na moją sukienkę. Zwykły, granatowy jedwab. Bez cekinów. Bez markowych metek krzyczących o uznanie. Matka Vanessy, Patrice, też to zauważyła i zaśmiała się cicho do kieliszka szampana.
„Jakie urocze” – powiedziała Patrice. „Ubrała się jak recepcjonistka”.
Kilku gości zaśmiało się uprzejmie.