W słuchawce panowała cisza przez zaledwie sekundę. Potem głos mojego ojca się zmienił. Nie był już tylko moim ojcem. Był człowiekiem, który przesłuchiwał przestępców z tym samym lodowatym spokojem, z jakim inni zamawiają kawę.
„Nie rozłączaj się” – rozkazał. „Mary Ellen, spójrz na mnie. Oddychaj. Czy dziecko się rusza?”
Przycisnęłam dłoń do brzucha. Czekałam. Modliłam się. Nic.
„Nie wiem” – wyszeptałam. „Nie czuję tego”.
Mason zrobił krok w moją stronę. „Proszę pana, to nieporozumienie. Wpadła w histerię i sama zemdlała”.
Mój ojciec nie podniósł głosu. To tylko pogorszyło sprawę.
„Panie mecenasie Masonie Aranda, jeśli jeszcze raz dotknie pan mojej córki, nie będzie pan potrzebował kontaktów w prokuraturze. Będzie pan potrzebował cudu”.
Mason zbladł śmiertelnie. Pani Teresa chwyciła się za pierś. „Skąd pan zna jego nazwisko?”
„Bo moja córka wyszła za niego za mąż; nie pochowała go”.
W tle rozmowy słyszałam głosy – krótkie polecenia, powtarzany adres, „karetka w drodze”, „lokalna policja powiadomiona”. Mason spojrzał w stronę drzwi, jakby chciał uciec, ale dom już nie należał do niego. To było miejsce zbrodni. I po raz pierwszy to zrozumiał.
„Mary Ellen” – powiedział mój ojciec – „nie zasypiaj”.