Ledwo mogłam oddychać, ale odpowiedziałam mu: „Nie. Tym razem są świadkowie”.
Pani Teresa zaczęła krzyczeć, kiedy próbowali ją przenieść. „Nic nie zrobiłam!”. Ona zawsze była słaba! Mój syn nie jest odpowiedzialny, bo nie wie, jak donosić ciążę!
Właśnie wtedy wszedł mój ojciec. Nie wiem, jak się tu tak szybko znalazł. Później dowiedziałam się, że był na spotkaniu za niecałe dwadzieścia minut. Miał rozpięty płaszcz, twarz…
Był blady, a jego oczy były najtwardsze, jakie kiedykolwiek widziałam. Nie zbliżył się do Masona. Podszedł bliżej mnie. Uklęknął przy noszach i ostrożnie wziął mnie za rękę, tak jak wtedy, gdy byłam mała i wyciągał drzazgi z moich palców.
„Jestem tutaj”.
Wtedy w końcu zapłakałam. „Tato, nie czuję dziecka”.
Jego szczęka zadrżała – tylko raz. Potem pocałował mnie w czoło. „Uratują go. I ciebie też”.
W karetce światła błyskały mi po twarzy jak czerwone błyskawice. Słyszałam pojedyncze słowa. Niskie ciśnienie. Krew. Uraz. Ciąża wysokiego ryzyka. Każde słowo było jak zamykanie drzwi.
Mój tata był w radiowozie tuż za nami. Nie poszedł ze mną, bo ratownicy medyczni potrzebowali miejsca. Ale wiedziałam, że przyjedzie. Czułam go jak stały cień za syreną.
Na izbie przyjęć wszystko działo się szybko. Dłonie w rękawiczkach. Pielęgniarka rozcinająca mój uniform. Lekarz pytający o moje imię. Maszyna szukająca bicia serca. Zamknęłam oczy. Dźwięk nie nadchodził. Tak długo, że czułam się, jakbym postarzała się o dziesięć lat na tych noszach.
Wtedy się pojawił. Zemdlał. Szybko. Ale się pojawił.