Rzucił się na mnie, ale nie mógł mnie dotknąć. Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Weszło dwóch policjantów, potem ratownik medyczny, a potem kolejny. Sąsiadka z naprzeciwka weszła za nimi, płacząc, ubrana w szlafrok i ściskając telefon.
„Też dzwoniłam” – powiedziała. „Słyszałam huk. Słyszałam krzyki”.
Mason próbował się uspokoić, odzyskać tożsamość prawnika, swój szacowny głos. „Oficerowie, ona jest zdenerwowana. Moja żona ma problemy z lękiem”.
Jeden z funkcjonariuszy spojrzał w dół. Spojrzał na moją twarz. Spojrzał na moje nogi. Potem na zepsuty telefon i panią Teresę chowającą się przy stole.
„Proszę pana, proszę się odsunąć”.
„Jestem prawnikiem”.
„Więc rozumie pan rozkaz jeszcze lepiej”.
Przenieśli mnie na nosze. Kiedy mnie przenieśli, krzyknęłam. Nie mogłam się powstrzymać. Ból rozdarł mnie na pół. Ratownik medyczny podał mi tlen i powiedział mi do ucha.
„Proszę pani, zabieramy panią do szpitala. Proszę nie zasnąć. Pani i pani dziecko jesteście priorytetem”.
Chciałam zapytać, czy mój syn żyje. Nie odważyłam się. Bo czułam, że jeśli zapytam, a odpowiedź będzie błędna, zginę na miejscu.
Zanim mnie zabrali, zobaczyłam Masona w kajdankach. Nie z powodu mojego ojca. Nie z powodu jego nazwiska. Z powodu jego własnych czynów. Patrzył na mnie z nienawiścią – tą nienawiścią, która sprawiała, że czułam się mała. Tej nocy już mnie to nie przerażało. Przywróciło mi jasność umysłu.
„To wszystko twoja wina” – warknął.