„Słychać bicie serca” – powiedziała lekarka.
Wydałam z siebie szloch, który rozbolał mnie w żebrach. „Moje dziecko…”
„On cierpi” – powiedziała. „Będziemy operować”.
Podpisywałam papiery, nie czytając ich. A może mój ojciec podpisał za mnie. Nie pamiętam. Pamiętam tylko światła sali operacyjnej i głos każący mi odliczać. Pomyślałam o Masonie. Jego policzku. Pani Teresie wypluwającej moje jedzenie. Każdej nocy spałam na boku, trzymając się za brzuch, obiecując synowi, że pewnego dnia wszystko będzie dobrze.
I zanim straciłam przytomność, prosiłam o wybaczenie. Nie Masona. Nie Boga. Mojego dziecka. Za to, że tak długo zwlekałeś z odejściem.
Obudziłam się z suchością w ustach i uciskiem w piersi. Ojciec siedział przy moim łóżku. Miał na sobie tę samą koszulę co poprzedniego dnia – pogniecioną, poplamioną kawą. Nigdy nie widziałam, żeby wyglądał staro. Tego ranka widziałam.
„Mój syn?” – zapytałam.
Ojciec pochylił się ku mnie. „Żyje”.