Elise klęczała na marmurowej podłodze.
Przemoczona.
Pokryta szarą, brudną wodą, która pachniała jak wiadro ze spryskiwaczami pozostawione zbyt długo na zewnątrz.
Jedną ręką niezgrabnie zasłaniała ciężki brzuch, jakby nawet w tym stanie jej pierwszym odruchem była chęć ochrony naszego syna. Drugą pocierała ręce i nogi szorstką szmatką, tak mocno, że skóra robiła się czerwona.
Płakała bezgłośnie.
To mnie najbardziej zdruzgotało.
Nie krzyki. Nie teatralna prośba.
Tylko te urywane, przerażone oddechy, jakby zrozumiała, że jej własny ból jest niepokojący.
„Już prawie skończyłam… Już prawie czysta…” mruknęła między oddechami. „Przepraszam… przepraszam…”
Berthe siedziała w moim ulubionym fotelu, jakby cały dom należał do niej.
Oglądała telenowelę w telewizji, prawie na pełnej głośności, i jadła owoce, które kupiłam Elise tego ranka.
W jadalni, niczym dwoje przerażonych świadków koszmaru, siedziały moja mama i moja siostra Pauline, która rzekomo przyszła „dotrzymać jej towarzystwa przez chwilę”.
Żadna z nich się nie poruszyła.
Mama mocno ściskała torbę. Twarz Pauline była blada, w oczach czaił się wstyd. Ale żadna z nich nie interweniowała. Jakby przez tygodnie Berthe stała się siłą, której nikt nie śmiał powstrzymać.
Wtedy Berthe powiedziała, nie odrywając wzroku od ekranu:
„Głośniej. Spójrz na tę skórę. Nadal jest brudna. Naprawdę myślisz, że taki mężczyzna jak Julien chce wrócić z pracy i to zobaczyć? Czujesz zapach ubóstwa”.
Élise szorowała jeszcze mocniej.
Cała jej drżała.
„Proszę… nie mów mu…” błagała łamiącym się głosem. „Nie chcę, żeby się mną rozczarował… Idę znowu się umyć… proszę… nie zostawiaj mnie samej…”
Żołądek podskoczył mi tak gwałtownie, że myślałam, że zwymiotuję.
Berthe się roześmiała.