Stoję w drzwiach, z białymi różami w jednej ręce, torbą z ubrankami dla dzieci w drugiej, a pokój zdaje się rozstępować na pół. Po jednej stronie życie, które myślałem, że zbudowałem – bezpieczne, spokojne, pod troskliwą opieką. Po drugiej stronie moja żona, w siódmym miesiącu ciąży, klęczała, płacząc tak cicho, że było oczywiste, że już została ukarana za zbytnie hałasowanie.
Wtedy róże wyślizgnęły mi się z ręki i spadły na podłogę.
Elise podskoczyła, jakby sam dźwięk mógł ją zranić.
To mnie wykończyło.
Nie Berthe, rozsiadła się w moim fotelu z miską owoców na kolanach.
Nie moja matka, zastygła w lodowatej powadze.
Nawet Pauline, blada, która zdawała się chcieć zniknąć w ścianie.
Nie.
To, co mnie zniszczyło, to sposób, w jaki Elise spięła się na mój widok, jakby najbardziej naturalnym założeniem na świecie było to, że wpadnę jej w ramiona.
Przeszłam przez pokój tak szybko, że torba z ubrankami dla niemowląt wyślizgnęła mi się z rąk i przewróciła za mną.
„Elise” – mówię, klęcząc obok niej. „Hej… spójrz na mnie. Spójrz na mnie”.
Nie przestaje.
Jej dłoń wciąż nerwowo pociera przedramię, a materiał drapie już podrażnioną skórę. Zapiera jej dech w piersiach. Płacze cicho, a to gorsze niż szlochanie, bo to oznacza, że ktoś uciszył jej cierpienie.
„Już prawie skończyłam…” mamrocze. „Proszę… nie złość się… Już prawie czysta…”
Biorę szmatkę.
Próbuje ją trzymać.
Bez siły.
Z przerażeniem.