Z paniką kogoś, kto wierzy, że przerwanie tylko pogorszy sprawę. Delikatnie wyjmuję szmatkę z jej rąk, a potem chwytam ją za nadgarstki tak delikatnie, jak tylko potrafię, żeby zmusić ją do spojrzenia na mnie.
„Nie jestem na ciebie zła” – powiedziałam.
Za mną Berthe podskoczyła.
„Panie Julien, to wcale nie tak, jak pan myśli”.
Nawet się nie odwróciłam.
„Mamo, idź po ręcznik do łazienki. Pauline, przynieś mi koc. Natychmiast”.
Po raz pierwszy w życiu moja mama posłuchała bez słowa.
Pauline ruszyła pierwsza, omal nie potykając się na korytarzu. Moja matka podążyła za nią sekundę później, stukając obcasami o marmurową podłogę z dziwnym pośpiechem, jakiego nigdy wcześniej u niej nie słyszałam.
Berthe się nie poruszyła.
Poczułam jej gniew za sobą niczym brudne gorąco.
Elise w końcu na mnie spojrzała, a to, co zobaczyłam, niemal zaparło mi dech w piersiach.
Nie tylko wstyd.
Nie tylko strach.
Ulga zmieszana z przerażającym oczekiwaniem.
Ulga, bo tu jestem.
Strach, bo jakaś jej część wciąż wierzy, że mogę wybrać złą stronę.
„Zrobiła ci to?” pytam.
Usta Elise drżą.
Ale zanim zdąży odpowiedzieć, Berthe natychmiast wtrąca:
„Ostatnio jest bardzo emocjonalna. Wiesz, jak niektóre kobiety zachowują się na tym etapie ciąży. Powiedziała, że czuje się brudna i nalegała, żeby się umyć. Próbowałam ją uspokoić”.
Powoli wstaję.
Kiedy w końcu się odwracam, Berthe cofa się o krok.
Nie jest przyzwyczajona do bycia badaną. Od miesięcy krąży po moim domu z wyniosłą pewnością siebie osoby polecanej przez odpowiednie kręgi, pod odpowiednim adresem, pod odpowiednim imieniem wypowiadanym przy stole wśród „szanowanych” ludzi.
„Próbowałaś ją uspokoić?” powtórzyłam.
„Tak.”
„Mówiąc jej, że jest obrzydliwa?”