Następująca po tym cisza jest bezlitosna.
„Chcę prawdy” – mówię.
Berthe zaciska dłonie przed fartuchem.
„Prawda jest taka, że twoja żona jest niestabilna emocjonalnie”.
Wybuchnąłem gorzkim śmiechem.
„Nie”. Prawdą jest, że wróciłem do domu i zastałem kobietę w siódmym miesiącu ciąży klęczącą na podłodze, pocierającą podrażnioną skórę, podczas gdy ty siedziałeś na moim krześle i ją upokarzałeś.
„Potrzebowała dyscypliny”.
Patrzę na nią.
Potem patrzę na matkę.
I wtedy to widzę.
Nie niewinność.
Nie niezrozumienie.
Rachunek.
Rachunek łamiący się pod presją.
Moja matka się boi, owszem. Ale nie jak przerażony świadek. Boi się jak ktoś, kto obserwuje, jak jego plan rozpada się na jego oczach.
„Zatrudniłeś ją” – mówię cicho.
Matka sztywnieje.
„Słucham?”
„Nalegałeś”. Mówiłeś mi, że Elise potrzebuje doświadczonej, starszej i zdecydowanej kobiety. Powtarzałeś, że potrzebuje kogoś „godnego zaufania”. Robię krok w jej stronę. „O co dokładnie ją pytałeś?”
„Julien, nie bądź śmieszny”.
Ale milczenie Berthe odpowiada, zanim zdąży.
I nagle dziesiątki drobnych szczegółów z ostatnich kilku miesięcy wracają na swoje miejsce w mojej głowie.
Elise, coraz bardziej cicha.
Elise, przepraszająca za absurdalne rzeczy.
Elise, czasami pytająca mnie zbyt beztroskim tonem, by być szczerą, czy nadal bym ją kochała, gdyby ciąża utrudniała życie.
Dzień, w którym powiedziała mi, że Berthe ją przeraża.
Dzień, w którym stłukła się szklanka i zaczęła drżeć, jakby właśnie stało się coś o wiele gorszego.
Pusty ton, którym czasami mówiła: „Berthe chce mi tylko pomóc”.
Widziałam wszystkie oznaki.
Zapisałam je pod słowem „zmęczenie”.