Mdłości wywołane tą świadomością sprawiają, że prawie miękną mi nogi.
„Opowiadała ci różne rzeczy, prawda?” – zapytała nagle mama, a jej głos stał się bardziej suchy i nerwowy. „Ta dziewczyna zawsze miała tragiczną wyobraźnię. Julien, doskonale wiesz, jakie są niektóre kobiety z takiego środowiska. Trzymają się kurczowo. Manipulują. Grają kruchą kartą, bo to działa”.
Patrzyłam na nią długo.
Potem powiedziałem bardzo spokojnie:
„Wynoś się z mojego domu”.
Mrugnęła.
„Co?”
„Dobrze słyszałaś”.
„To dom mojego syna”.
„Nie”. Wpatrywałem się w nią. „To dom mojej żony. A ty właśnie udowodniłeś, że zapomniałeś, na czym polega różnica”.
Berthe spróbowała ostatniego manewru.
„Jeśli teraz wyjdę, załamie się. Zależy mi na niej o wiele bardziej, niż możesz sobie wyobrazić”.
Cicha potworność tego zdania sprawia, że mam ochotę ją spoliczkować.
Ale ma to jakiś cel.
Bo trzeba mieć władzę od dawna, żeby tak mówić.
Otwieram drzwi wejściowe.
Wieczorne światło ślizga się po marmurze, niemal złote, niemal spokojne, jakby miasto nie miało pojęcia, co się tu właśnie wydarzyło.
„Masz minutę” – mówię Berthe. „Jeśli po tym czasie nadal będziesz w tym domu, dzwonię na policję”.
Śmieje się.
A może próbuje.
Dźwięk urywa się w połowie.
„Za co? Za zbytnie naleganie na higienę?”
„Za znęcanie się. Za groźby. Za kontrolę”. A jeśli moja żona potwierdzi, że ją uderzyłeś, dopilnuję, żeby wszystkie rodziny, które cię poleciły, wiedziały dokładnie, jaki typ kobiety wchodzi do ich domów pod pretekstem świadczenia usług”.
Tym razem uderzyło ją to mocno.
Kobiety takie jak Berthe żyją z sieci zaufania, z zeszytów…
Adresy, szepty wymieniane między nieskazitelnie czystymi kuchniami a przesadnie uprzejmymi salonami. Jej okrucieństwo ma moc tylko wtedy, gdy nazywa się profesjonalizmem.
Odwraca się do mojej matki, szukając pomocy.
Moja matka się nie rusza.