Przeczytałam podświetlony tekst i wydałam ciche, puste westchnienie, pozbawione jakiegokolwiek humoru. Nie przeszkadzać. Dziś był 15 marca. Trzecia rocznica mojego ślubu z Julianem Croftem.
Kiedy wychodził dziś rano z naszego apartamentu w TriBeCa, nawet nie raczył spojrzeć mi w oczy. „Mam dziś wieczorem spotkanie przy kolacji. Proszę nie czekać” – to było całe jego pożegnanie, zanim chwycił skórzaną teczkę i wyszedł. Ciężkie mahoniowe drzwi wejściowe zamknęły się z trzaskiem, zostawiając mnie stojącą w holu w blasku kryształowego żyrandola.
W tej właśnie chwili stałam przy marmurowej kuchennej wyspie, osobiście smażąc na patelni jego ulubione dzikie przegrzebki jumbo. Temperatura klarowanego masła była matematycznie idealna. Owoce morza syczały na rozgrzanej stali, wypełniając przestronną jadalnię bogatym, karmelizowanym aromatem. Długi stół w jadalni był nakryty świeżym obrusem, a jego centralnym punktem był rozłożysty bukiet nieskazitelnych białych róż, które sprowadziłem trzy dni wcześniej od wyspecjalizowanego hodowcy z Holandii.
Skończyłem dekorowanie – przegrzebki polane redukcją z cytryny Meyer, duszone żeberka, które rozpływały się od kości, linguine z czarnymi truflami. Wszystkie jego ulubione dania. Wszystko pieczołowicie wykonane moimi rękami.
Potem siedziałem w absolutnej izolacji przez trzy godziny.
Uczta zmieniła się w zimny, zastygły tłuszcz. Importowane róże rozkwitły w duszącej ciszy. Za oknami sięgającymi od podłogi do sufitu, na tle zmierzchu, rozbłysła poszarpana linia horyzontu Manhattanu.
Chwyciłem telefon i wysłałem SMS-a do mojego wewnętrznego człowieka: „Gdzie on jest?” Trzy minuty później zdjęcie dotarło. Sala porodowa. Natalia Rossi. Poród. Trzy frazy splecione ze sobą, nie jak szybkie, litościwe ostrze, ale jak zardzewiały, ostry nóż, metodycznie wbijający się w moje żebra. Odłożyłam srebrny widelec. Jeden po drugim zaniosłam porcelanowe talerze do pojemnika i zeskrobałam kulinarne arcydzieło do śmieci. Kiedy ostatni talerz wpadł z brzękiem do zlewu, kosz był przepełniony. Stojąc w ostrym, wpuszczonym w blat kuchennym świetle, moje oczy pozostały całkowicie suche.
Wspięłam się po unoszących się szklanych schodach do garderoby. Z najciemniejszego kąta mojej garderoby wyjęłam grubą kopertę manilską, którą sześć miesięcy temu przekazała mi moja prawniczka, pani Anya Sharma. Akta zawierały siedem poświadczonych notarialnie oświadczeń, trzy obszerne księgi bankowe, dwa pliki zdjęć z kamery samochodowej w wysokiej rozdzielczości i prawnie wiążący pozew rozwodowy. Podpis Juliana był obecnie pusty, ale to był tylko chwilowy problem.
Przez pół roku, działając z zimną precyzją snajpera, metodycznie podwieszałem ładunki wybuchowe pod fundamenty fortecy, którą dla nas zbudowałem.
„Rozpoczynamy procedurę wejścia na pokład samolotu Air France nr AF7 do Paryża. Proszę wszystkich pasażerów o udanie się do bramki B23”.
Syntetyczny głos spikera szarpnął mnie z powrotem do terminala. Oświetlenie lotniska było klinicznie lodowato białe. Wstałem, ściskając skórzaną rączkę mojego bagażu podręcznego.
Kiedy dotarłem na początek kolejki, agentka przy bramce wyciągnęła rękę.