Moim celem był apartament w stylu haussmannowskim w Le Marais, świątynia, którą anonimowo zdobyłem trzy miesiące temu dzięki europejskim kontaktom pani Sharmy. Było to mieszkanie na szóstym piętrze z kutym żelaznym balkonem, z którego roztaczał się niczym niezakłócony widok na Notre Dame.
Otworzyłem ciężkie drewniane drzwi i wszedłem do środka. Przestrzeń była nieskazitelna. Białe, tynkowane ściany, jodełkowa podłoga z twardego drewna i francuskie drzwi, które zalewały salon złotym światłem. Meble – pluszowa, gołębioszara sofa i minimalistyczny dębowy stół jadalny – były już ustawione.
Otworzyłam drzwi balkonowe i wyszłam na balkon. Dzwony katedry zaczęły bić, głęboki, donośny szum wibrował mi w piersi.
Rozpakowałam swój skromny dobytek. Wzięłam manilską kopertę z sfinalizowanymi dokumentami rozwodowymi i certyfikatami przeniesienia akcji – reprezentującymi moje legalnie nabyte piętnaście procent osobistych udziałów Juliana – i zamknęłam je w sejfie w ścianie sypialni. Wpisałam nową kombinację: 0315. Nasza rocznica. Dzień, w którym odzyskałam swoje życie.
Mój telefon zaczął gwałtownie wibrować na marmurowym blacie kuchennym.
Połączenie przychodzące z komórki. Na wyświetlaczu pojawiło się imię Juliana. Nalałam sobie czarnej kawy z ekspresu Nespresso, opierając się o blat i obserwując, jak ekran rozświetla pokój.
Nie odrzuciłam połączenia. Po prostu pozwoliłam mu dzwonić.
Połączenie zadzwoniło kilkanaście razy, zanim zostało przekierowane na pocztę głosową. Dziesięć sekund później napad się powtórzył. Sygnał za sygnałem, rozpaczliwy, cyfrowy krzyk. Przy piątej próbie połączenie ustało.
Nastąpiła wiadomość tekstowa. „Stoję przed twoim budynkiem. Szóste piętro. Widzę białą doniczkę z kwiatami na twoim balkonie. Wchodzę na górę”.
Powoli upiłam łyk kawy. Była parząca, gorzka i absolutnie idealna.
Minutę później rozległ się ciężki tupot szaleńczych kroków na spiralnych schodach przed moim mieszkaniem. Nagle ucichły. Cisza trwała przez bolesną sekundę, zanim ktoś uderzył pięścią w moje białe, drewniane drzwi.
„Evelyn!” Jego głos był stłumiony, ochrypły i krwawiący z rozpaczy. „Wiem, że jesteś w środku. Otwórz drzwi!”
Odstawiłam ceramiczny kubek. Powoli przeszłam po drewnianej podłodze, moje stopy w skarpetkach nie wydawały żadnego dźwięku i zatrzymałam się zaledwie kilka centymetrów od dzielącego nas ciężkiego drewna.
Rozdział 6: Drewno między nami
Odsunęłam mosiężną osłonę wizjera.
Julian Croft był zniszczonym portretem mężczyzny. Przebrał się w ciemny golf i granatowy trencz, ale powierzchowna pielęgnacja nie była w stanie zamaskować spustoszenia. Jego oczy były mocno przekrwione, pokryte popękanymi naczynkami krwionośnymi po trzynastu godzinach bezsennego koszmaru. Opierał się ciężko o framugę drzwi, a jego klatka piersiowa unosiła się i opadała.