„Moja matka głodowała, żeby mnie wzbogacić… a kiedy wróciłem wcześniej do domu, zastałem żonę rzucającą mu ochłapy w pobliżu psiej budy. Jakby była warta mniej niż zwierzę”.
Nazywam się Adrien Morel.
Urodziłem się w małym, wilgotnym mieszkaniu w Saint-Denis, gdzie zima wdzierała się przez słabo ocieplone okna, a moja matka liczyła każdy grosz przed zakupem chleba.
Moja matka, Colette Morel, nigdy nie żyła dla siebie.
Sprzedawała dżemy na targu, sprzątała domy w zamożnych dzielnicach Paryża i prasowała do późnej nocy.
Nigdy sobie niczego nie kupiła.
Nigdy.
Żadnego płaszcza.
Żadnego odpoczynku.
Czasami nawet…
żadnych posiłków.
Bo musiała wybierać między sobą a mną.
I zawsze wybierała mnie.
„Ty, mój synu, daleko zajdziesz”.
Wciąż to powtarzała.
I miała rację.
Pracowałem.
Niestrudzenie.
Rozpocząłem działalność w małym biurze w La Défense.
W końcu wszystko się ułożyło.
Kontrakty.
Budynki.
Miliony.
W wieku czterdziestu lat stałem się tym, kogo świat nazywa „człowiekiem sukcesu”.
Ale dla mnie…
wszystko miało tylko jeden cel:
oddać jej to, co mi dała.
Dlatego dałem jej dom.
Prawdziwy.
W Neuilly-sur-Seine.