W ogrodzie.
Wyszedłem.
A potem…
wszystko się rozsypało.
Moja mama siedziała na podłodze.
Na zimnym betonie.
Jej stary, poplamiony kardigan.
Jej ręce drżały.
Przed nią…
talerz.
Resztki.
Śmieci.
A przed nią…
moja żona.
Kieliszek szampana w dłoni.
Uśmiech.
Okrutne.
„Jedz, staruszko”.
Jej głos był lodowaty.
Mama podniosła wzrok.
„Przepraszam… Byłam tylko trochę głodna…”
Wybuchnął śmiech.
„Czujesz biedę. Nie chcę, żeby moi goście wiedzieli, skąd pochodzisz”.
Mama spuściła głowę.
Przeprosiła.
Znów.
Zawsze.
A ja…
Przestałam oddychać.