Kilka godzin później usłyszałam stłumione jęki dochodzące z końca korytarza.
A głos mężczyzny, który właśnie przyrzekł mi wierność, wypowiedział imię mojej najlepszej przyjaciółki.
W poranek mojego ślubu niebo nad Prowansją rozpostarło się bezchmurnie, niemal nierealnie błękitne, jakby nawet świat postanowił wmówić mi, że szczęście istnieje bez żadnych pułapek.
Z okna starej posiadłości niedaleko Aix-en-Provence patrzyłam na rzędy cyprysów, białe obrusy rozłożone na dziedzińcu, sznury lampek rozwieszone między platanami, bukiety lawendy i bladych róż na każdym stole.
Wychodziłam za mąż za Étienne’a.
Przez lata wierzyłam, że będzie to mężczyzna, z którym zbuduję dom, rodzinę, spokojną starość.
Moja matka płakała za każdym razem, gdy widziała, jak przymierzam suknię.