Poznałam go na konferencji dla przedsiębiorców w Bordeaux.
Był prawnikiem specjalizującym się w prawie gospodarczym, ale nie miał w sobie tej zimnej arogancji ludzi, którzy uważają, że ich garnitur czyni ich lepszymi.
Naprawdę słuchał.
Mówił spokojnie.
Nie chciał się popisywać.
Zadawał mi konkretne pytania o moją pracę, o kobiety, z którymi współpracowałam, o moje tkaniny, o to, co chciałam przekazać poprzez moją markę.
Kiedy się rozstaliśmy, nie czułam tego ślepego podniecenia, które kiedyś myliłam z miłością.
Nie czułam zawrotów głowy.
Czułam się spokojna.
Z Julienem wszystko szło powoli.
Kawa.
Potem lunch.
Potem długi spacer wzdłuż Sekwany.
Potem kojące chwile ciszy.
Potem zaufanie.
Nigdy mnie nie poganiał.
Nigdy nie próbował mnie ratować.
Kochał mnie, kiedy już stałam na własnych nogach.
I może dlatego potrafiłam kochać go bez strachu.
Pewnego dnia Étienne pojawił się ponownie.
Wszedł do mojego paryskiego sklepu pewnego deszczowego popołudnia.
Schudł.