Marion powiedziała, że zakochała się nieświadomie.
Zablokowałam ich oboje.
Wszczęłam postępowanie sądowe.
Płakałam całymi nocami, zasypiałam zrywami, zastanawiając się, kiedy moje życie wymknęło się spod kontroli, a ja tego nie zauważyłam.
Ale pewnego ranka, po prostu, zmęczyło mnie cierpienie z powodu dwojga ludzi, którzy nigdy na mnie nie zasługiwali.
Miałam mały warsztat dekoratorski i tekstylny, który zawsze traktowałam niemal jak drugorzędną pasję.
Tworzyłam tam obrusy, poduszki i dekoracje ścienne, inspirowane antycznym haftem, lnem normańskim, motywami prowansalskimi i koronkami z Calais.
Więc wzięłam swoje oszczędności.
I pracowałam.
Naprawdę pracowałam.
Przekształciłam ten warsztat w azyl, potem w projekt, a potem w biznes.
Projektowałam, sprzedawałam, poniosłam porażkę i zaczynałam od nowa.
Otworzyłam mały sklepik w Tours, a potem kolejny w Lyonie.
Współpracowałam z rzemieślniczkami z Bretanii, tkaczkami z Północy, hafciarkami z Alzacji – kobietami, które również odbudowały coś zranionymi rękami.
Podróżowałam.
Uczyłam się.
Słuchałam historii bardziej niż własnych.
I zrozumiałam, że ból nie czyni mnie wyjątkową.
Uczynił mnie człowiekiem.
Rok później moje nazwisko zaczęło krążyć na targach wnętrzarskich, w magazynach o designie i w kręgach przedsiębiorczych kobiet.
Dwa lata później prowadziłam szanowaną markę.
Trzy lata później miałam spokojne życie, jasne mieszkanie w Paryżu, rośliny na balkonie, prześcieradła, które sama zaprojektowałam, i wersję siebie, która nie potrzebowała już niczyjej aprobaty.
Wtedy Julien pojawił się w moim życiu.