Bez żadnych dalszych wyjaśnień.
Siedziałam nieruchomo na skraju łóżka, śmieszna w mojej na wpół rozwiązanej sukience, z włosami wciąż idealnie ułożonymi w kok, a moja dusza już zaczynała pękać.
Czekałam.
Myślałam, że wstanie.
Że do mnie przyjdzie.
Że przeprosi, weźmie mnie w ramiona, wytłumaczy, że jest zdenerwowany, niezdarny, zdenerwowany.
Ale słyszałam tylko jego miarowy oddech w kącie pokoju.
Więc płakałam cicho.
Gryzłam poduszkę, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku.
Nie wiem, ile czasu minęło, zanim w końcu zasnęłam.
Może kilka minut.
Zaledwie godzinę.
Potem obudził mnie ostry hałas.
Usiadłam.
Pokój tonął w błękitnym mroku.
Leżanka była pusta.
W żołądku poczułam zimny ucisk.
Stałam boso i ostrożnie otworzyłam drzwi.
Korytarz posiadłości był prawie czarny, oświetlony jedynie kinkietem na końcu skrzydła.
Wtedy je usłyszałam.
Ciche jęki.
Stłumione.
Pospieszne.
Z początku mój umysł odmawiał pojmowania.
Myślałam o zapomnianym telewizorze, o kilku gościach, o każdym absurdzie, który mógłby opóźnić prawdę o kilka sekund.
Ale w tych dźwiękach było coś, co moje ciało zrozumiało przede mną.
Powoli szłam naprzód, każdy krok odrywał ode mnie cząstkę mojej iluzji.
Pokój na tyłach należał do mojej macochy, która pod koniec kolacji stwierdziła, że źle się czuje i wraca do Aix po lekarstwa.
Pokój musiał być pusty.