Mój ojciec z kolei udawał spokój, ale jego oczy rozświetlały się za każdym razem, gdy wspominał o tym, że poprowadzi mnie do ołtarza.
Wszystko było gotowe: kolacja pod drzewami, szampan, kwartet smyczkowy, migdały w lukrze w małych pudełeczkach z kości słoniowej, świece w antycznych lampionach – nawet te drobne szczegóły, które rozumieliśmy tylko ja i Étienne.
A u mego boku, jak zawsze, była Marion.
Marion nie była tylko moją najlepszą przyjaciółką.
Była siostrą, którą dało mi życie, niespokrewnioną więzami krwi.
Znała moje najgłupsze lęki, moje najstarsze rany, moje najgłębsze milczenia.
Dorastałyśmy razem w Tours, dzieliłyśmy się naszymi pierwszymi sekretami, pierwszymi upokorzeniami, pierwszymi wielkimi radościami.
Nikogo więc nie zdziwiło, kiedy wybrałam ją na świadka.
Zgodziła się, a łzy spływały jej po twarzy.
W tamtej chwili myślałam, że w jej łzach widzę dowód prawdziwej miłości.
Dziś wiem, że niektóre łzy nie zmywają dobrze kłamstw.
W noc poprzedzającą ślub wszyscy zjedliśmy razem kolację na dziedzińcu posiadłości.
Kieliszki białego wina lśniły pod lampionami, rodziny się śmiały, kuzyni opowiadali anegdoty, a babcia powtarzała, że wyglądam jak panna młoda z innego stulecia.
Étienne był czarujący, może trochę cichszy niż zwykle.
Zrzuciłam to na karb emocji.
Marion natomiast nie odstępowała mnie na krok.