Posiadłość Sterling w Connecticut była nie tyle domem, co pomnikiem dawnych pieniędzy. Była rozległą, neogotycką fortecą z zimnymi marmurowymi posadzkami, sklepionymi sufitami i korytarzami, w których rozbrzmiewały wieki niezasłużonej arogancji. Przemierzałam te zacienione korytarze niczym duch nawiedzający moje własne życie, a moja ręka nieustannie spoczywała pod ciężkim, bolesnym ciężarem mojego brzucha w dziewiątym miesiącu ciąży. Dolna część pleców pulsowała tępym, nieustępliwym bólem, ale nie odważyłam się zatrzymać, żeby odpocząć. W tym domu każda deska podłogowa, która skrzypiała pod moim ciężarem, wydawała się grzechem śmiertelnym.
Nie pasuję tutaj, pomyślałam, przyciskając dłoń do chłodnego kamiennego filaru, gdy skurcz Braxtona-Hicksa ścisnął mi żołądek. Jestem intruzem we własnym małżeństwie.