„Zostaw ją w spokoju, mamo” – powiedział cicho Caleb. Postawił tacę na stole. Jego głos był łagodny, pozbawiony ostrego, dominującego zgryźliwego tonu, który, jak stale narzekała Eleanor, powinien posiadać „prawdziwy mężczyzna Sterling”.
Eleanor prychnęła, a kąciki jej idealnie pomalowanych ust uniosły się z obrzydzeniem. „Spójrz na siebie” – prychnęła, omiatając wzrokiem jego codzienne ubranie. „Bezrobotna, bez celu, przywiązana do plebejusza. Spędzasz całe dnie, krążąc nad nią jak niańka. Powinieneś był poślubić tę Rothschildównę. Przynajmniej umie chodzić, nie ujawniając swojej obecności całemu hrabstwu”.
Caleb nie zaczerwienił się ze złości. Nie podniósł głosu. Uśmiechnął się tylko – delikatnym, enigmatycznym, niemal litościwym uśmiechem, który nie sięgał nawet oczu. Odwrócił się plecami do matriarchy imperium Sterlinga, delikatnie obejmując moją twarz i składając ciepły pocałunek na moim czole.
„Niech gadają, El” – wyszeptał Caleb, ocierając kciukiem zabłąkaną łzę z mojego policzka. „Mamy tu wszystko, czego potrzebujemy”.
Podał mi szklankę z wodą. „Muszę coś załatwić. Wrócę za godzinę, żeby pomóc ci spakować torbę do szpitala. Odpoczywaj”.