-To?
—Tydzień przed złożeniem przez ciebie pozwu o rozwód zaczęłam odczuwać bóle brzucha i poszłam do lekarza. Wyniki biopsji przyszły tego samego dnia, w którym się pokłóciliśmy.
Spojrzałem na nią z niedowierzaniem. Poczułem się, jakby ktoś uderzył mnie w serce.
—Dlaczego nic nie powiedziałeś?
Wiedziałem, że jeśli ci powiem, odejdziesz z poczucia obowiązku, a nie z miłości. Nie chciałem tego. Chciałem, żebyś był wolny… przynajmniej wolny od mojego bólu.
Rozpłakałam się.
—Myślisz, że jestem taką osobą? Myślisz, że nic nie czuję?
Długo na mnie patrzył i się uśmiechnął – to był najspokojniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek u niego widziałam.
„Nie chodzi o to, że ci nie ufam. Ale nie chciałem, żebyś spędził życie z chorą kobietą, udając każdego dnia szczęśliwego. Nie mogłem tego znieść”.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Bo w pewnym sensie miała rację. Wtedy naprawdę chciałem ją zostawić. Postrzegałem ją jako ciężar – nie rozumiejąc, że to ja zostawiłem ją samą w tym okrutnym świecie.
Tydzień później Mayę przeniesiono na oddział leczenia ogólnego i rozpoczęła się chemioterapia. Dostałam łóżeczko od krewnego i zostałam w szpitalu, aby się nią opiekować. Po raz pierwszy od lat nauczyłam się naprawdę słuchać: kiedy cierpiała, kiedy leki wywoływały u niej wymioty, kiedy śmiała się z najdrobniejszych rzeczy.