Mama przez chwilę milczała.
—Przez trzydzieści pięć lat pracowałam przy sprawach gospodarczych. Najpierw jako audytorka, później jako doradczyni przy kontrolach skarbowych, a ostatnie lata przed emeryturą w zespole, który rozpracowywał wyłudzenia podatkowe. Nigdy ci tego nie ukrywałam, Aniu. Po prostu Marek nigdy nie pytał. Uznał, że starsza kobieta z bloków nie może być nikim ważnym.
Przymknęłam oczy.
Przypomniałam sobie wszystkie razy, kiedy mama przychodziła z papierami, a Marek przewracał oczami.
„Znowu krzyżówki?”
„Znowu przepisy z gazety?”
„Pani Heleno, pani już odpocznie od myślenia, młodzi się tym zajmą.”
A ona tylko się uśmiechała.
—Dlaczego pozwoliłaś mu tak do siebie mówić? — spytałam.
Mama popatrzyła w stronę kuchni.
—Bo ludzie tacy jak Marek najwięcej mówią wtedy, kiedy są pewni, że nikt ich nie słucha.
W tej chwili do salonu wszedł jeden z funkcjonariuszy.
—Pani Heleno, znaleźliśmy segregator w szafie. Ten z czerwonym oznaczeniem. Są tam umowy pożyczek i kopie dowodu pani Anny.
Żołądek ścisnął mi się boleśnie.
—Jakie kopie?
Mama powoli odwróciła się do mnie.
—Aniu, czy pamiętasz dokumenty, które podpisałaś po śmierci babci?
Pamiętałam.
Byłam wtedy w żałobie, zmęczona, oszołomiona. Babcia zostawiła mi mieszkanie w Łodzi i oszczędności. Marek mówił, że to „nasz start”. Że trzeba sprzedać mieszkanie, spłacić część kredytu, zainwestować w jego firmę transportową. Powtarzał, że małżeństwo to zaufanie. Gdy wahałam się przy podpisach, pocałował mnie w czoło.
„Nie bądź dzieckiem, Aniu. Dbam o nas.”