—Pycha. I źle opisane przelewy.
Wyprowadzili go.
Drzwi zamknęły się za nim, a mieszkanie, w którym przez lata chodziłam na palcach, nagle wydało się obce. Za duże. Za ciche. Jakby ściany też nie wiedziały, co robić bez jego głosu.
Tamtej nocy nie zostałam w domu. Mama zabrała mnie do siebie.
W jej małym mieszkaniu na ósmym piętrze pachniało lawendą, starymi książkami i zupą pomidorową. Spałam w dawnym pokoju, pod kocem, który pamiętał moje licealne wieczory. Ale sen nie przychodził. O trzeciej nad ranem usiadłam przy kuchennym stole. Mama już tam była. W szlafroku, z dwoma kubkami herbaty.
—Wiedziałaś, że przyjdę? — zapytałam.
—Jestem twoją matką.
Usiadłam naprzeciwko niej.
—Boję się.
—Wiem.
—Nie tylko jego. Boję się też siebie. Tego, że jutro zacznę za nim tęsknić. Że przypomnę sobie dobre chwile. Że pomyślę, że przesadziłam.
Mama przesunęła kubek w moją stronę.
—Pomyślisz tak. Niejeden raz.
Spojrzałam na nią przerażona.
—To co mam robić?