—Wtedy przeczytasz to.
Podała mi cienki notes.
Otworzyłam go. Na pierwszej stronie były daty. Krótkie zapiski. Moje słowa, które wypowiadałam przez telefon, myśląc, że ukrywam prawdę.
„Ania powiedziała, że nie może rozmawiać, bo Marek stoi obok.”
„Ania poprosiła o pożyczkę na dentystę, potem po godzinie oddzwoniła i powiedziała, że już nie trzeba.”
„Ania miała siniak na nadgarstku. Powiedziała, że uderzyła się o drzwi.”
„Marek nazwał ją nieudacznicą przy kolacji. Ona przeprosiła jego.”
Łzy kapały na kartki.
—Zapisywałaś?
—Tak. Bo wiedziałam, że kiedy przyjdzie dzień, w którym wyjdziesz, będziesz potrzebowała dowodu nie tylko dla sądu. Dla samej siebie.
Przycisnęłam notes do piersi i po raz pierwszy od lat rozpłakałam się tak, że nie próbowałam być cicho.
Śledztwo trwało miesiącami.
Okazało się, że firma Marka była wydmuszką. Brał kredyty pod sfałszowane zamówienia, wystawiał puste faktury, przelewał pieniądze przez konta znajomych i próbował zabezpieczyć się moim majątkiem. Mieszkanie po babci sprzedano poniżej wartości spółce podstawionej przez jego kolegę. Część mojego spadku poszła na spłatę jego prywatnych długów hazardowych, o których nie miałam pojęcia. Resztę przelał jako „pożyczkę małżeńską” na swoją firmę, z dokumentem podpisanym moim nazwiskiem.
Podpis nie był mój.