Kiedy wyprowadzali go z mieszkania, próbował przejść obok mnie. Funkcjonariusz zatrzymał go ramieniem.
—Ania — powiedział Marek, już innym głosem. Miękkim. Prawie proszącym. — Nie róbmy tego. Przecież wiesz, że czasem mnie ponosi. Ale ja cię kocham.
Kiedyś te słowa byłyby jak plaster na ranę, nawet jeśli rana gniła pod spodem.
Teraz zobaczyłam tylko mechanizm.
Najpierw krzyk. Potem uderzenie. Potem strach przed konsekwencjami. Potem „kocham”.
Wstałam powoli.
—Nie, Marku. Ty kochasz władzę nade mną.
Jego twarz stwardniała.
—Bez mnie nic nie masz.
Mama odezwała się zza moich pleców:
—To się wkrótce okaże.
Spojrzał na nią z nienawiścią.
—Pożałuje pani.
Mama podeszła bliżej. Była niższa od niego, starsza, drobniejsza. A jednak to on się cofnął.
—Panie Marku, całe życie zawodowe spędziłam przy mężczyznach, którzy byli przekonani, że ich pieniądze są tarczą, a czyjś strach dowodem winy. Wie pan, co ich zawsze gubiło?
Nie odpowiedział.