To był pierwszy wielki zwrot.
Drugi przyszedł wtedy, gdy przesłuchano jego księgową, Martę.
Marta była kobietą, którą Marek przedstawiał jako „szarą myszkę od papierów”. Cicha, drobna, zawsze z teczką przy piersi. Kiedy zobaczyłam ją w prokuraturze, spodziewałam się, że będzie go bronić. Ona jednak spojrzała na mnie i powiedziała:
—Przepraszam. Bałam się.
Potem wyjęła pendrive.
Przez dwa lata kopiowała dokumenty. Faktury, maile, wiadomości głosowe. Miała też nagranie, na którym Marek mówił:
„Anka i tak nic nie zrozumie. Jej matka jest głupia jak but, a ona cała w nią. Podsunę jej papier, powiem, że to do urzędu, podpisze wszystko.”
Kiedy odtworzono to nagranie, nie zabolały mnie słowa.